Autor

Trochę wspomnień sprzed lat.

O próbach edukacji elementarnej

Urodziłem się w 1972 roku, w Warszawie - i tutaj stale mieszkam. Bez specjalnych wzruszeń skończyłem podstawówkę, po czym, w związku z artykułowanymi zainteresowaniami matematycznymi, trafiłem do liceum imienia Klementyny Hoffmanowej, które w owych czasach prowadziło eksperymentalne klasy matematyczne (niestety już dziś nie istnieją, a rywalizacja z Gottwaldem czyli dzisiejszym Staszicem - raczej nie wróci). O wyborze szkoły zdecydowało w znacznej mierze moje wcześniejsze uczestnictwo w prowadzonych tamże kółkach matematycznych, trudno mi w tej chwili powiedzieć, czy bardziej zachwyciły mnie gorące dyskusje nad zadaniami, czy mecze pingpongowe "przed i po".

W szkole tej spotkałem kilku nauczycieli, którym bardzo wiele zawdzięczam i pragnę wymienić ich z nazwiska:

  • pana Włodzimierza Natorfa, nauczyciela fizyki (o ile wiem, do dziś pracuje w tym liceum), który potrafił zaszczepiać nam ciekawość świata, a także ma ogromny udział w wybranym przeze mnie zawodzie - jako pierwszy uczył mnie informatyki (były to jeszcze czasy MSX SpectraVideo, języka BASIC itp);
  • pana Marcina Kuczmę, wówczas dochodzącego z UW nauczyciela analizy (obecnie profesor UW, na boku od lat prowadzi kącik 44M w "Delcie" który przy okazji wszystkim zainteresowanym matematyką serdecznie polecam), który miał ogromny wpływ na rozwinięcie moich zdolności matematycznych i zwykłą naukę logicznego myślenia - mimo, że nie uczył mnie żadnych przedmiotów informatycznych, byłbym znacznie gorszym programistą i projektantem, gdyby nie zajęcia, które prowadził (na boku pan Kuczma miał też swój wkład w rozwój mojego zamiłowania do turystyki górskiej);
  • panią Annę Grobicką, genialną polonistkę, która potrafiła klasę zaciekłych matematyków zachęcić do lektury wierszy, chodzenia do teatru, dyskutowania na temat literatury i filozofii i ślęczenia nad wypracowaniami nie dla oceny ale dla przyjemności tworzenia - wiele z mojej obecnej ogłady humanistycznej, zwykłych zainteresowań, a także umiejętności formułowania myśli na piśmie, ma źródło w tamtych lekcjach.

Interesujące emocje związane z liceum obejmowały w moim przypadku:

  • udział w Olimpiadzie Matematycznej (udało mi się zająć trzecie miejsce) - i całym okołoolimpiadowym cyklu wyjazdów, zawodów, kółek etc (sukces, z którego byłem dumny chyba bardziej niż z Olimpiady to wygranie Konkursu Prac Uczniowskich z Matematyki);
  • niesamowite zdarzenie na ustnej maturze z angielskiego, gdy swoim zdecydowaniem i agresywnością tak zachwyciłem (znającego angielski dość pobieżnie) dyrektora szkoły, że mimo sporej liczby błędów, wymusił na nauczycielkach przydzielenie mi piątki (mojej pierwszej w życiu bardzo dobrej oceny z angielskiego) i w ten sposób umożliwił zdanie matury na samych piątkach (przy czym ta z matematyki była za olimpiadę a ta z polskiego chyba nieco naciągana);
  • przejścia chemiczne, gdzie w pierwszej klasie miałem spokojne 5 i myślałem o przygotowaniach do olimpiady, w drugiej miałem 4, w trzeciej 3 a w czwartej 3= (wystawione po długich debatach pod moją nieobecność, byłem akurat na zjeździe olimpijczyków matematycznych w Zachełmiu) - niestety nauczycielka nie doceniła mojej propozycji napisania programu, który za mnie przekształcałby nazwy kwasów organicznych na ich wzory i z substancji nieorganicznych wychodząc uzyskiwał inne substancje (do dzisiaj uważam wykuwanie na pamięć tych reakcji za idiotyzm);
  • przełamanie się historii, gdy w pierwszej klasie naszą szkołę wizytował prezydent Jaruzelski (a moja klasa ID, znana z opętańczych biegów po schodach do stołów pingpongowych, została na ten dzień wysłana na prace społeczne do Powsina), w drugiej jedna z nauczycielek po cichu przemyciła człowieka, który powiedział zakazane słowo "Katyń", w trzeciej lepiłem na mieście przedwyborcze plakaty "z Wałęsą" a w czwartej Katyń wychodził mi uszami i z dezaprobatą obserwowałem zaczątki 'wojen na górze' (zarazem kibicując wojnie w Zatoce Perskiej).

Duże znaczenie dla mojego ówczesnego i późniejszego życia miało też ciągnące się przez całe czasy licealne i początkowe lata studiów uczestnictwo w Ruchu Światło-Życie (w wariancie prowadzonym przez księży Michalitów z Bemowa).

O studiowaniu z zapałem

Po maturze miałem najdłuższe wakacje w życiu (matura ustna z angielskiego była zaraz po pisemnej, za piątki z pisemnego matura ustna mnie ominęła, za Olimpiadę Matematyczną nie musiałem zdawać egzaminów na studia). Poza rozmaitymi sposobami przyjemnego spędzania czasu, pierwszy raz w życiu pracowałem przez dwa tygodnie w trybie w miarę ciągłym (korepetycji z czasów licealnych nie liczę, zresztą chyba więcej dawałem darmowych znajomym niż płatnych klientom) - sprzedawałem książki na rozkładanym na ulicy stole. Zapamiętałem z tych czasów, że intensywne zainteresowanie się klientem sprawia, że głupio jest mu czegoś nie kupić, pracodawca może być mile zaskoczony, że nie próbuję go kantować, a fakt, że jako jedyny w promieniu paru kilometrów sprzedaję książki za cenę wyznaczoną przez szefa, jest całkiem szybko zauważany przez klientów.

Wybrałem informatykę na Uniwersytecie Warszawskim (dylemat Politechnika czy Uniwersytet rozstrzygnęła niechęć do zdawania egzaminu z fizyki, który na Politechnice obowiązywał), którą samodzielnie (nie było jeszcze MISMAPów ani oficjalnego łączenia informatyki z matematyką) uzupełniałem sporą częścią wykładów i ćwiczeń na matematyce. Przez pierwsze dwa lata udało mi się zrobić prawie pełny program obu kierunków, od ćwiczeń z programowania w bodajże Pascalu po topologię i geometrię różniczkową (muszę przyznać, że zajęcia matematyczne były - z paroma wyjątkami - ciekawsze i na wyższym poziomie niż informatyczne). Z czasów tych szczególnie zapadli mi w pamięć:

  • najlepszy ćwiczeniowiec, jakiego kiedykolwiek gdziekolwiek spotkałem - pan Zbigniew Marciniak (uczył mnie topologii i geometrii różniczkowej);
  • niewiele mu ustępujący i dosyć podobny w stylu prowadzenia zajęć specjalista od analizy numerycznej i grafiki komputerowej, pan Michał Jankowski (mimo, że akurat te dziedziny nigdy mnie specjalnie nie pociagały, były to chyba najlepsze ćwiczenia informatyczne na jakie chodziłem);
  • pan Paweł Urzyczyn, umiejący ożywić uważane za najnudniejsze elementy matematyki i informatyki dziedziny, jakimi są teoria mnogości, logika formalna czy teoria obliczalności i złożoności obliczeniowej;
  • nieżyjący już niestety pan Antoni Kreczmar (miałem zaszczyt uczestniczyć w chyba ostatnim cyklu jego wykładów), który poza bardzo żywymi wykładami z przedmiotów typowo informatycznych, jako chyba jedyny próbował nam przekazywać wiedzę o tym co to są i jak przebiegają projekty informatyczne (było to wtedy w znacznej mierze rzucanie pereł przed wieprze - ale gdy trafiłem do rzeczywistej pracy, bardzo mi się te wykłady przydały).

Z mniejszą sympatią wspominam natomiast legendę polskiej informatyki, pana Władysława Turskiego, który prowadził dosyć niekonkretne wykłady i seminaria (między innymi próbował nas uczyć VDM, wewnętrznie sprzecznej metody formalnej specyfikacji programów, w której specyfikacja banalnej procedury sortującej zajmowała wiele stron i była trudniejsza do zweryfikowania niż sam kod). Moja antypatia może być jednak stronnicza bo ma podłoże finansowe - właśnie pan Turski postawił mi jedyną ocenę niższą od 5, jaką otrzymałem w czasie studiów (a stanowiące główne źródło moich dochodów stypendium naukowe za 4,99 było chyba o połowę niższe niż za 5.0)! Była to czwórka za zadaną na koniec pozbawionego treści wykładu bajkę o tym, co bym zrobił, gdybym dostał 100.000$ - ale z wymogiem przeznaczenia ich na projekt informatyczny. Przepisałem spory kawałek jakiejś angielskiej książki o rozpoczynaniu działalności firmy (rzeczy typu "załatwiam lokal", "daję ogłoszenie do prasy że szukam pracowników", "rozpoczynam księgowość"...) - niestety było w tym za mało o informatyce. Do dziś nie wiem o co chodziło, ale gdybym teraz dostał takie zadanie, napisałbym, że wyrzuciłbym te pieniądze do śmieci - bo prowadzenie projektu bez wyraźnego celu i klienta jest tylko bardziej skomplikowaną metodą na osiągnięcie takiego wyniku.

W ramach kombatanckich wspomnień warto jeszcze napisać o moim pierwszych kontaktach z Linuxem. Bodajże na drugim roku przyniosłem do domu Slackware, nosząc przez tydzień codziennie po parę dyskietek. W tym samym czasie (a może był to już 3 rok?) dowiedziałem się, że istnieje jakiś internet, grupy dyskusyjne, email i serwery WWW (zresztą specjalnie się nimi w tym czasie nie interesowałem, jedyną intensywnie używaną usługą było FTP). Przetrwałem też (bardzo dobrze prowadzone przez pana Weissa i panią Mincer) cykle zajęć związanych z programowaniem systemowym w środowisku Unix (jeszcze na niesławnej pamięci komputerze Bull), które pozwoliły mi poczuć pierwszy raz to - ulubione dzisiaj - środowisko. Przy okazji pan Weiss zachęcił do napisania jakiejś specyfikacji w LaTeXu, Marcin Woliński (dziękuję) pomógł mi przejść pierwsze trudne chwile z tym narzędziem - i w ten sposób złapałem kolejnego bakcyla (który dopiero teraz ustępuje rodzince HTML/XML, zresztą nie do końca bo za optymalną metodę tworzenia dokumentacji uważam pisanie w jakimkolwiek języku tagowym po czym konwersję na HTML do oglądania i na TeX do druku).

O pracy szukaniu

Od 3 roku studiów zaczął się pewien kryzys. Algebra i Równania Różniczkowe przegrały z chałturzeniem. Robiłem różne rzeczy, największe dochody przyniosło mi tłumaczenie książek dla PLJ (co zresztą robiło wielu studentów). Cóż to była za praca! Książkę rwali (dosłownie!) na pięć kawałków i dawali pięciu nie znającym się i nie mającym ze sobą żadnego kontaktu osobom. Otrzymane wyniki zlepiali i wydawali. O tym, że niektórzy tłumacze nie wiedzieli, o czym w ogóle jest książka, nie muszę już chyba wspominać (mi się trafił np. dodatek do jakiejś książki o AutoCAD-zie zawierajacy omówienia poleceń, tłumacząc go nie bardzo wiedziałem do czego służy AutoCAD a niektóre pojęcia zrozumiałem rok później, po udziale w seminarium z grafiki komputerowej). Pamiętam dwie książki, z których przetłumaczyłem w miarę znaczące fragmenty - coś o Basicu Rity Belserenne (dźwięczne nazwisko wpadło mi w pamięć) oraz nie pamiętam czyj Język C w 21 dni (notabene tłumacząc tę książkę wiele razy miałem dylemat, czy tłumaczyć błędy autora, czy je poprawiać, w końcu przetłumaczyłem jak było ale dałem wydawnictwu kartkę z listą sugerowanych przeze mnie poprawek, nie muszę chyba mówić jaki był jej los...).

Jesienią na 4 roku miałem już sporą ochotę wziąć się do porządnej roboty (różni koledzy chałturzyli przy jakichś dBase-ach a ja nic). Działo się jak na filmie: byłem już telefonicznie obgadany na spotkanie w jakiejś firmie dłubiącej w FoxPro, gdy na gościnnym wykładzie pojawił się Artur Stefanowicz z Digital Polska, przedstawił stanowiącą na tle UW zupełnie inny świat opowieść o wielkich bazach danych, monitorach transakcji, aplikacjach dla tysięcy użytkowników i dyskretnie dał do zrozumienia, że szuka pracowników (zresztą nie dla Digitala tylko dla TP S.A. w której był wtedy permenentnym konsultantem). Wyszło śmiesznie, bo na spotkanie do TP S.A. poszedłem tego samego dnia i o tej samej godzinie, na które byłem umówiony w sprawie FoxPro. Do dzisiaj uważam, że był to ogromnie ważny moment dla mojego dalszego życia zawodowego, i zarówno widzę w tym łut szczęścia (czy może rękę Opatrzności), jak jestem bardzo Arturowi wdzięczny.

Zanim napiszę więcej o TP S.A. jeszcze słowo o studiach. Od drugiej połowy 4 roku wpadłem. Zamiast chodzić na (bardzo kiepskie w większości) seminaria, pracowałem. Wyniki mi nie ucierpiały, bo panował system punktowo-godzinowy i zamiast chodzić na zajęcia, odbierałem punkty za przedmioty matematyczne zrobione na pierwszych dwóch latach. Podobnie było na 5 roku, gdzie chodziłem chyba tylko na (wyśmienite zresztą) ćwiczenia na temat TCP/IP pana Kurpiewskiego. Sprawa skończyła się o tyle smutno, że mam absolutorium ale do dzisiaj nie napisałem i nie obroniłem pracy magisterskiej - i raczej już tego nie zrobię (choć jeśli ktoś ma jakieś świeże doświadczenia dotyczące reaktywacji pracy magisterskiej na UW po latach, byłbym wdzięczny za informację).

O początkach pracy zawodowej

W TP S.A. trafiłem do młodego zespołu (w większości też studenci UW ale o rok starsi, do tego kilka osób z Politechniki i Kuba po bodajże SGH - który po pewnym czasie został szefem tego kramiku). Mieliśmy jedno główne hobby, które przeżywało swoje kolejne inkarnacje - system, który zaczął się od obsługi warszawskiego biura numerów, a potem rósł we wszystkich kierunkach (funkcjonalnie, geograficznie, wydajnościowo). Nie będę opisywał tu głębszych szczegółów technicznych ani organizacyjnych - w końcu są to sprawy TP S.A., która nie musi sobie życzyć ich szerszego omawiania - w każdym razie system do dziś działa, może być swobodnie uważany za nowoczesny i jako jedna rozproszona aplikacja obsługuje znaczną część polskich biur numerów (913, 912) - a może i wszystkie (gdy w 1998 roku odchodziłem z TP S.A. wdrożenie obejmowało sporo ponad połowę kraju) i świadczy serię innych usług (od rozmaitych metod aktualizacji i wymiany danych po wydawanie książek telefonicznych).

Z osobistego punktu widzenia uważam okres spędzony w TP S.A. za znakomity i niesłychanie kształcący. Odbyłem wiele szkoleń, pokazów, prezentacji itp. Co ważniejsze, miałem możliwość używania mnóstwa kluczowych narzędzi i kontaktu z ważnymi i dużymi technologiami. Pracowałem w zespole, który - chyba nie tylko ze względu na sentyment - uważam za znakomity. Muszę też przyznać, że firma traktowała mnie uczciwie - od umożliwiania szkoleń, po dokładne rozliczenie nadgodzin a nawet ... ręczniczków, gdy z niej odchodziłem. A odszedłem ze sporym żalem i nawet nie tyle ze względu na kiepskie zarobki, co wynikającą z zawirowań w strukturze firmy (i chyba niestety potwierdzoną przez dalszy rozwój wydarzeń) obawę o brak możliwości dalszego rozwoju zawodowego. W każdym razie, przychodziłem do TP S.A. jako może i zdolny ale zupełnie zielony student, odchodziłem zaś jako (bez fałszywej skromności) dobrej klasy projektant-programista, specjalista od systemów middleware, baz danych i sieci - ale z wieloma informacjami także z innych dziedzin. I to muszę naszemu największemu operatorowi telekomunikacyjnemu przyznać i pamiętać - niezależnie od wszelkich doświadczonych przeze mnie problemów organizacyjnych.

O obecnym miejscu pracy - firmie Softax - nie będę wiele pisał. Firma zajmuje się tym co mnie interesuje - tworzeniem oprogramowania. Robimy rozmaite rzeczy, większość mojej dotychczasowej pracy była w ten czy inny sposób związana z budowaniem aplikacji dla banków. Co ważne, praca tutaj ciągle sprawia mi przyjemność, dając też możliwość utrzymywania się na powierzchni szaleńczo gnającego korowodu technologii.